RSS
środa, 10 lutego 2010
przepis

Wczoraj znowu miałyśmy urwanie głowy. Opublikowana została ustawa budżetowa. Zgodnie z przepisami dopiero wtedy możemy przekazać powiatom informację, ile kasy będą miały w tym roku. Chociaż u nas już dawno wszystko było podzielone, przygotowane do wysyłki, nawet adresy na koperty przykleiłyśmy. Ale jest przepis i nie ma zmiłuj, nie można było wcześniej, chociaż samorządy nerwowo przebierały nogami, bo oni z kolei muszą to dać na radę powiatu, a ta na ogół zbiera się raz w miesiącu. No ale już, poszło. Potem jeszcze faksowałyśmy, co jest czynnością nadzwyczaj ogłupiającą jak się to robi po raz pięćdziesiąty. A dziś odbieramy telefony, że podobno wczoraj wysyłaliśmy. Wrrrr. Do jednych faksy dochodzą do innych nie, dlaczego ? nie wiadomo, od nowa musimy wtedy puszczać. Ale zawsze bawi mnie to, jak szybko, pocztą pantoflową, rozchodzą się wiadomości pomiędzy powiatami.  

15:05, kolceroz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 lutego 2010
zombi

Całkiem niedawno uświadomiłam sobie, że mogę mieć gen długowieczności. Moja matka skończyła już 80 lat, jej siostra ma jeszcze kilka lat więcej, a matka mojego ojca też zmarła po osiemdziesiątce, co kiedyś było matuzalemowym wiekiem. No i przeraziło mnie to nie na żarty. Przecież los nie może mnie aż tak pokarać. Po jaką cholerę żyć tak długo ? Zajmować dzieciom jedyne mieszkanie ? Zawsze mnie zdumiewają peany na cześć tego, że ludzie żyją coraz dłużej. Po co ? Schorowani, będący ciężarem dla swoich bliskich, pochłaniający coraz większe pieniądze na leczenie, a przecież do cholery na coś trzeba umrzeć. No i te głodowe na ogół emerytury, które w swojej masie rozwalają budżet, nie pozwalając na sensowny rozwój kraju. Ale najbardziej mrozi mnie myśl o mieszkaniu. Zamiast zabrać się stąd jedna po drugiej, dać szanse dzieciom, to tak będziemy tu we trzy tkwić jak jakiś zombi po wieczne czasy.

12:54, kolceroz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 lutego 2010
jazda

Monika jakoś pozbierała się. Zaczęła wychodzić z koleżanką na łyżwy. Trochę pomaga w domu. Bardzo niewiele, ale cieszy mnie to, że sama sobie narzuciła konieczność wykonania kilku czynności i jak na razie trzyma się tego. Prawa jazdy nadal nie ma. Wczoraj spóźniła się na trzeci już egzamin z praktyki. Fakt, że do ośrodka egzaminacyjnego ma kiepski dojazd, ale już sama zaczyna siebie podejrzewać o podświadome działanie. Bo postanowiła sobie, że jak zda, to jedzie do Walencji. Tylko, że do tej pory jej wyjazdy były wspierane stypendiami, a teraz sama będzie się musiała utrzymać, więc trochę strach. I może podświadomie odsuwa termin wyjazdu. Bo na kursie szło jej nieźle, instruktor też twierdził, że dobrze jeździ.

14:58, kolceroz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 lutego 2010
może

Na Haiti coraz większe problemy były z rozdzielaniem żywności. Dochodziło do zamieszek, napadów. W pierwszym odruchu próbowano zwiększać liczbę stacjonującego wojska, ale to raczej nakręcało spiralę przemocy. Poza tym coraz większą część zaopatrzenia, a lotnisko na Haiti ma bardzo ograniczone moce przerobowe, trzeba by przeznaczać dla armii.  No i jest coś nadzwyczaj przykrego w używaniu siły wobec tak strasznie doświadczonych ludzi. Ale zdaje się, że uporano się z tym problemem – teraz paczki z zaopatrzeniem mogą odbierać tylko kobiety. I już. Uspokoiło się. Ile światowych problemów dałoby się rozwiązać, gdyby tak mężczyźni trochę chętniej rozbili miejsce na ławce ? No i mój absolutnie nowatorski pomysł  :) – gdyby wszystkie armie świata, rekrutowały tylko kobiety, może nie byłoby wreszcie wojen ? 

15:13, kolceroz
Link Komentarze (4) »
czwartek, 04 lutego 2010
zapas

Dziesięć dni temu Maciek przegrał mecz ze Świdnikiem, swoją poprzednią drużyną. Więc niezbyt udał się ten wyjazd na stare śmieci. Ale po dwóch kolejnych wygranych meczach  Trefl wdrapał się wreszcie na samą górę tabeli. Mają nawet mały zapasik punktów do wicelidera. No, ale do końca sezonu jeszcze sporo czasu. Zobaczymy.

14:16, kolceroz
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lutego 2010
cyrylica

Sama nigdy nie należałam do PZPR. I nie mogę powiedzieć, żeby kierowała mną jakaś szczególna ideologia. Po prostu wtedy kiedy ja dorastałam, wszystko co było związane z partyjniactwem, było uważane za straszny obciach. Ten prymitywizm oficjalnej propagandy, języka jakim się posługiwano, podciąganie wszystkiego pod jedną sztancę.  I wszystkie pochodne, czyli to co było związane z towarzyszami radzieckimi. Sam język rosyjski to był obciach. Uczyć się go musieliśmy wszyscy, ale powiedzieć coś po rosyjsku poza lekcją – obciach. Kiedyś Maciek założył koszulkę, na której było coś napisane cyrylicą. W pierwszej chwili aż mnie zatkało, że moje jakże akuratne dziecko mogło założyć coś tak obciachowego. Cóż, minęło tyle lat i jakoś umknął mi moment, kiedy cyrylica przestała być obciachowa. Zdaje się, że teraz trąci egzotyką. Chcę powiedzieć, że różnie bywało tu i tam, zawsze jest spory katalog spraw, z którymi się nie zgadzam. A jednak bez względu na to, jak bardzo nie podobała mi się aktualna władza, nigdy nie potrafiłam obrazić się na mój kraj. To zawsze była moja Polska. Dlaczego o tym piszę ? Bo ciągle nie rozumiem dlaczego nie potrafimy rozmawiać. Dyskutować. Dyskusja to jest wtedy kiedy jedna strona przedstawia swoje poglądy, a druga próbuje je zrozumieć. Zrozumieć, a nie koncentrować się na tym jak najmocniej dołożyć przeciwnikowi. Szukanie płaszczyzny, na której obydwie strony mogą współpracować. W innych krajach uczą tego już od najmłodszych lat, w szkołach. U nas nie. Jeżeli ktoś ma chociaż trochę odmienne poglądy, to wróg, trzeba go zetrzeć na proch. W żadnym razie nie można z kimś takim wybudować wspólnie drogi, czy zorganizować placu zabaw dla dzieci.

13:57, kolceroz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 lutego 2010
korzyści

Przez bardzo wiele lat wierzyłam, nie, nie wierzyłam, wiedziałam, że druga wojna światowa zakończyła się 9 maja. Za moich szkolnych lat wszelkie rocznice były tak wałkowane, że jeszcze dziś odruchowo powiem - wojna skończyła się 9 maja. Kiedy wreszcie przeciekła do nas wiedza świata zachodniego, przeżyłam autentyczny szok, że tak można zmanipulować rzeczywistość. Że można tak konsekwentnie i na każdym kroku, w podręcznikach, gazetach, akademiach, plakatach, w s z ę d z i e głosić coś, co nie było prawdą. To właśnie chcę powiedzieć, że bardzo łatwo jest zmanipulować wiedzę młodych na temat niedawnej przeszłości. Teraz też robi się wodę z  mózgu młodym. Pokazując (chociażby we wczorajszym filmie o Jaruzelskim), że rzeczywistość była czarno-biała. Więc każdy przyzwoity musiał się opowiedzieć po właściwej stronie.  Tylko, że życie nie jest aż takie proste. Składa się z różnych odcieni i trudno jest ocenić co jest bardziej, a co mniej białawe. Bo białe nic nie jest, nigdy. To dopiero potem z perspektywy lat wszystko wydaje się jednoznaczne. W czasie wojny mój ojciec był w obozie koncentracyjnym, matka  na robotach w Niemczech. Do głowy im wtedy nie przyszło, że kiedyś ktoś powie, że koniec wojny, to nie było wyzwolenie. To, że nie ma obozów koncentracyjnych, że nie wywozi się dzieci (matka miała 14 lat) na przymusowe roboty, nie wynaradawia nikogo. Brat  mojej matki był ślicznym blondynkiem z niebieskimi oczami. W wieku lat pięciu został oddany niemieckiej rodzinie. Rok po wojnie za pośrednictwem PCK odnaleziono go i wrócił do Polski. Choć prawda jest taka, że mały Zygfrydek (takie imię dali mu Niemcy) bardzo płakał, wcale nie chciał zostawić swoich przybranych rodziców. Po wojnie moja matka skończyła dziennikarstwo. Jeden z jej pierwszych reportaży był o Nowej Hucie, która wtedy powstawała, w bardzo ciężkich warunkach. Była tam, przeprowadziła wiele rozmów, potem to opisała. Wydrukowano zupełnie coś innego. Zrezygnowała więc z dziennikarstwa. Nie była szczególnym typem bojowniczki, ale wstydziła się spojrzeć tym ludziom z N. H w twarz.  Przeniosła się do redakcji, wydawała książki dla młodzieży. Chciała normalnie żyć.

 Teraz rozpowszechniany jest pogląd, że wiedza na temat bestialstwa tamtej władzy z lat piędziesiątych była powszechna. Nie była. Moi rodzice należeli do PZPR, bo uwierzyli, że nowa władza niesie lepszą przyszłość dla wszystkich. Bez wyzysku, z równym dostępem do pracy, leczenia, nauki, mieszkań. Jasne, że w końcu zaczęli dostrzegać, że nie zapanowała ogólna szczęśliwość. Ale jakie było lepsze rozwiązanie ? Wtedy, z przeciętnych ludzi, nikt tego nie wiedział, czego by teraz nie próbowano wmawiać. W moim domu nie słuchało się Wolnej Europy, ja o istnieniu czegoś takiego dowiedziałam się dopiero na studiach. Pamiętam jak, w poprzedniej pracy, kiedy zgadało się, że moi rodzice byli partyjni, koleżanka rzuciła mi w twarz – to dlatego tak szybko dostałaś mieszkanie. No. Bardzo się sobie wydawała dzielną bojowniczką o wolność i demokrację. Jednym celnym zdaniem trafiła wraże plemię. Nie chciało mi się głupiej tłumaczyć, że j a mieszkania do dziś nie mam, a moi rodzice ‘dostali’ mieszkanie po długim oczekiwaniu w spółdzielnianej kolejce. Mój ojciec miał wtedy 57 lat. Szybko, prawda ? No i nie był aparatczykiem. To też teraz ciężko się sprzedaje. Że nie każdy kto należał do partii był aparatczykiem czerpiącym korzyści.

12:11, kolceroz
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 01 lutego 2010
urlop

W pracy, na początku każdego roku, jesteśmy zmuszani do wykorzystania zaległego urlopu. Przez pewien czas sprowadzało się to do wpisania w tabeli jakiej bądź daty, natychmiast o niej zapominając, a urlop każdy brał kiedy mu pasowało, byle w pierwszym kwartale. Ale ostatnio kadry zlisiły się i zmuszają nas do wypisania wniosku urlopowego z podpisem szefa. W zeszłym roku wypisałam, a potem raptem okazało się, że przesunięcie m o j e g o urlopu o jeden dzień to wielki problem. Więc w tym roku z lekka wkurzona pomyślałam - wara od mojej wolności. Na szczęście jest internet i tam, po drobnej podpowiedzi znalazłam stanowisko GIP zgodnie, z którym pracownicy, którzy nie wykorzystali w zeszłym roku urlopu na żądanie, mogą te kilka dni zaległego wykorzystać w dowolnym momencie następnego roku. No i taki tekst dostarczyłam kadrom, zamiast mojego wniosku urlopowego. Na razie cisza, nie byłam wzywana na dywanik.  

14:27, kolceroz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 stycznia 2010
pat

Ale czasem bardzo już czuję się zmęczona, zniechęcona. Tym, że ciągle muszę być w gotowości do pocieszenia, podtrzymania na duchu. Nigdy nie spotkałam nikogo, kogokolwiek, kto zabiegałby o moją uwagę, chciał coś dla mnie zrobić. To zawsze ja jestem stroną dającą. Z dziećmi,  do czasu, to naturalna sytuacja. Ale już pora, żeby nasze relacje stały się bardziej wzajemne. Żeby im czasem przyszło do głowy, że ja nie jestem stworzona tylko po to, żeby podtykać im wszystko pod nos,  Tak wiem, sama sobie nagrabiłam. Tylko kiedy ja mam 'uwzajemnić' te relacje ? Kiedy dziecko wraca po dwóch latach nieobecności do domu ? Tydzień później ? miesiąc ? Czy wtedy kiedy staje się tak apatyczna, że najprostsze czynności sprawiają problem ? To raczej patowa sytuacja. Ale często jedyne o czym marzę, to żeby zwinąć się w ciasny kłębek i tak sobie trwać, gdzieś, gdzie nie ma nikogo, nawet moich dzieci.

14:52, kolceroz
Link Komentarze (2) »
piątek, 29 stycznia 2010
solarium

Monika oblała egzamin na prawo jazdy. Niezależnie od tego, marnie się czuje. Zimowa depresja dopada ją z coraz większą siłą. Przestała wychodzić z domu. Ma trochę korepetycji, ale większość czasu spędza grając na komputerze, to chociaż trochę przynosi jej ulgę. Kiedy była młodsza każdy jej nastrój widoczny był jak na dłoni, wszelki emocje wylewały się z niej. Teraz stara się z tym walczyć. Serce mi się kraje kiedy widzę ten pozorowany dobry humor. Sama wiele lat  uprawiałam taką maskaradę, więc mnie nie zmyli. Ale jednak cieszę się, że stara się trochę nad tym panować. Czasem chodzi do solarium, to na dzień dwa poprawia jej nastrój. Niewiarygodne jak ona jest uzależniona od słońca.

14:10, kolceroz
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 77