|
|
środa, 16 maja 2012
pajęczyca
Przybyła pajęczyca. Widok był niesamowity, jak najazd kosmitów. Olbrzymie ramię zakrzywione niczym kończyna stawonoga z czterema stawami, wisiało ponad placem budowy. Odległość od jednego stawu pajęczycy do drugiego, to jakieś 10 do 20 metrów. Całe ramię, rytmicznie, niczym matka w filmie Obcy, wydalająca kolejne jajo, podrygiwało w takt wylatującej z niego zawartości. Do platformy samochodowej podjeżdżały jedna za drugą betoniarki, wdzięcznie odwracając się do niej kuperkiem i pozbywając się swoją zawartości. A olbrzymie ramię osadzone na tej platformie przenosiło beton we właściwe miejsce. Bo tam jest tak ciasno, że betoniarki nie mają szans dojechać do przyporządkowanej sobie dziury. Olbrzymia pajęczyca pracuje całodobowo. W stalowym świecie, nie ma zapotrzebowania na sen. Jak mrówkom z mrówkowców coś się nie podoba, to mogą spadać do innego świata. Jakiś sobie znajdą.
wtorek, 15 maja 2012
kombinacje
Wpadła kierowniczka i mówi, że prezes chce wiedzieć w których zaz-ach są hotele z wyżywieniem. Więc oczywiście natychmiast, na dwóch łapkach, musiałyśmy dzwonić do województw. Tylko po cóż, ach po cóż, prezesowi konieczna jest taka wiedza ? Czyżby wybierał się na odpoczynek i chce skorzystać z darmowego lokum ? Już się rozmarzyłam, że wybrałby zaz w miejscowości L. Od lat toczy się postępowanie, są nam winni około 10 mln. Czego prezes nie musi pamiętać, a mnie nikt nie pytał. Więc gdyby tam pojechał on, albo ktoś wysłany przez niego, byłaby to korupcja w najczystszym stylu. Nie wiadomo czy udałoby mu się z tego wyłgać. No, ale pewnie za bardzo się rozmarzyłam.
poniedziałek, 14 maja 2012
fascynacje
Koparka mozolnie od wielu dni kopie. Zagłębiła się już na kilkanaście metrów. Ściany starannie oszalowane, żeby ulica nie osunęła się w ten dół. Na szczycie stoi druga koparka z długim wysięgnikiem i odbiera, to co ta w dole wygrzebie. Wygląda to czasem jakby piły sobie z dzióbków. Zastanawiam się jak ona się z tego dołu wydostanie. Sama nie da rady, zbyt głęboko się wgryzła. Chyba dźwig będzie ją musiał wyciągać. Od wczoraj, na miejsce tej górnej, sprowadzili koparkę z jeszcze dłuższym wysięgnikiem. Olbrzymie ramię, ze stawem w połowie swojej długości sięga w głąb, nie wiem czy operator ma jakiś peryskop czy co, bo nie da rady dojrzeć ze szczytu, za co łapie to jego ramię.
piątek, 11 maja 2012
praworządność
Byłam wczoraj w spółdzielni mieszkaniowej. Z aktem notarialnym, który zaniosę również do sądu i na tej podstawie uzyskam wpis do księgi wieczystej. Pani urzędniczka spojrzała na pieczątkę notariuszki (trafiłam do niej przypadkowo) i mówi – o to bardzo dobry notariusz. Ale już po chwili okazało się, że nie tak dobry, żeby pani urzędniczka nie mogła zakwestionować jej kompetencji. Zajrzała do dokumentów i pyta – a pani tata ?
- mój ojciec nie żyje już ponad 30 lat – mówię
- ale - mówi pani urzędniczka – obowiązuje wspólnota majątkowa małżeństwa, akt dziedziczenia musi być również po ojcu. Czyżby podejrzewała, że notariuszka nie posiada takiej wiedzy ? Sąd wieczysty uzna ten dokument, ale urzędnik nie. Okazało się nawet, że ma podgląd do już istniejących wpisów do księgi wieczystej, w której jako właścicielka mieszkania figuruje moja mama, a nie obydwoje rodzice. Ale okazało się, że to jej nie wystarczy.
- Bo, mówi, zdarzały się błędy. W końcu stanęło na tym, że przyniosę akt zgonu ojca, z którego wynika, że mieszkanie mama wykupiła po jego śmierci. Już nie wspomnę, że znowu będę się denerwować z powodu litery a/o używanej zamiennie w jego nazwisku.
I na tym polega w Polsce praworządność - obowiązują ustawy (np. o notariacie), a urzędnik i tak ma zawsze rację.
środa, 09 maja 2012
ból głowy
Byłam u notariusza. Poświadczenie dziedziczenia już mam, ale ilość spraw, które jeszcze muszę załatwić trochę mnie przeraża. Musiałam pisać na kartce to co mi mówiła notariuszka dokąd i z jakim dokumentem jeszcze mam iść. Oczywiście najważniejszy Urząd Skarbowy. I tu wpuściłam się w lekki kanał. Bo zupełnie zapomniałyśmy o książeczce mieszkaniowej mojej siostry, którą odziedziczyłyśmy na pół, ja i mama. Jeżeli w ciągu pół roku nie zgłosi się tego do US to płaci się podatek. A pół roku już minęło. Mało głowy sobie nie połamałam nad rozmyślaniem od czego mam płacić podatek w kontekście tego, którą część książeczki kiedy odziedziczyłam i czy dziedziczę konieczność zapłacenia podatku od tej kwoty, za którą nie zapłaciła moja matka Uch. Ale zadzwoniłam do US i pan mi to całkiem jasno wyłożył. Oczywiście najpierw zaświadczenie z banku ile tam jest kasy.
wtorek, 08 maja 2012
laurka
Chciałam Hance wystawić laurkę. Kilkanaście tygodni temu urodziła jej się kolejna wnuczka, więc był powód, żeby ruszyć w tango. Co też skrupulatnie uczyniła. Ale tym razem to była katastrofa, nie był jej 3 tygodnie. Wyraźnie bała się wrócić do pracy. U niej już wcześniej dawało się zauważyć stany lękowe. Nie wiadomo czy wywołane piciem, czy może picie miało zagłuszyć faktyczne powody do zdenerwowania (trochę ich miała). Faktem jest, że bywało tak, że z mało istotnego powodu zaczynała się trząść jak galareta. Więc teraz dzwoniła do nas od czasu do czasu wymyślając kolejne powody, dla których bierze zwolnienie, albo przedłuża urlop. W końcu przyszła, ale wcale nie wyglądała źle. Powiedziała, że była u psychiatry, dostała antydepresanty i czuje się o wiele lepiej. I rzeczywiście było to widać. Wyluzowana, przestała narzekać na bezsenność. Przestało od niej w poniedziałki jechać przetrawionym alkoholem. I już miałam wystawić jej laurkę. Ale dziś znowu od niej capi. I mówi, że nie mogła spać. Czyli odstawiła antydepresanty, bo bała się to mieszać i zaczęła chlać.
piątek, 04 maja 2012
porządki
Maciek bardzo dba o swój pokój, zawsze jak wychodzi to zostawia u siebie porządek. Aż mi się go żal robi. Bo on wcale taki porządnicki nie jest. Ale od zeszłego roku ma wreszcie swój własny pokój. Prawie 30 letni facet nie musi już dzielić 6,5 metrowego pokoju z siostrą. Jasne od pewnego czasu żadne z nich nie mieszka tu na stałe, ale jak przyjeżdżali to na ogół razem. A teraz wreszcie ma własny i to całkiem spory (aż 9 m, no ale to w naszych warunkach dużo). Po śmierci siostry wszystkie meble wyrzuciłam, zasłony, dywan. Były w fatalnym stanie. Wszystko jest tam nowe. No i Maciek ciągle jeszcze cieszy się z tego jak dziecko. A Monika już nie daje rady uciec przed swoim bałaganiarstwem. Zatrudniła sprzątaczkę. Długo się przed tym broniła, bo trochę głupio, ale nie ma się co oszukiwać, sama nie daje rady utrzymać czystości. Dziwne to jest, bo korepetycji ma po 8-10 godzin dziennie, więc nie można powiedzieć, że jest leniwa. A w domu nic nie potrafi zrobić, nawet jak ma czas.
środa, 02 maja 2012
sortowanie
I znowu pakuję czyjeś życie. Dziwne to uczucie, że można je posegregować na trzy kupki – to do wyrzucenia, to dla PCK, to chyba zostanie. A potem kupka to chyba zostanie jeszcze raz posortowana, zmniejsza się radykalnie. I już, zawartość szafek prawie pusta. Nie ma człowieka. Tym razem, inaczej niż przy usuwaniu rzeczy siostry, musiałam to robić staranniej. Najważniejsza oczywiście własność mieszkania. Już złożyłam dokumenty u notariusza, tradycyjnie trochę się ścięłam z dziewczyną w sekretariacie, bo jakaś taka nieprzytomna, najpierw mówi jedno, potem okazuje się co innego. A potem czeka mnie sporo urzędowej dłubaniny, spółdzielnia, telefon, gaz, elektryczność, likwidacja konta. Trochę mi głupio, że już o niej prawie zapomniałam, takie mam uczucie jakby matka umarła dawno temu.
niedziela, 29 kwietnia 2012
kaprysy
Czasem trudno spać nie tylko z powodu hałasu, ale i dlatego, że wszystko się trzęsie jak diabli. Mieszkam w bloku z wielkiej płyty, ktoś kiedyś policzył, że dla tego typu bloków przewidziano 50 lat trwania. W tym mieszkamy już ponad 40. Co będzie jak taki blok złoży się jak domek z kart, bo nie sądzę, żeby gwarancja obejmowała takie wstrząsy. A przecież jeszcze nie przyjechały Maria i Anna. Tak budowlańcy nazywają olbrzymie tarcze, które drążą tunele. Podobno są kapryśne jak kobiety, więc nazwali je imionami kobiet. Że też ja nigdy nie miałam okazji być kapryśna, to musiałoby być całkiem miłe tak sobie pokaprysić. Ale nie było komu. Więc te tarcze dopiero montują przy rondzie Daszyńskiego. Już są półroczne opóźnienia, pewnie dlatego tak nas katują w nocy i wolne dni, bo początkowo było bardziej po ludzku. Lipy na szczęście przetrwały to łachotanie ich korzeni od spodu. Trochę później niż reszta drzew na mojej ulicy, ale jednak wypuściły listki.
piątek, 27 kwietnia 2012
kiedyś
Zwłaszcza noce były przez ostatnie parę tygodni bardzo męczące. Wydłużyli czas pracy do 2 w nocy i w niedzielę też. Wszystko się trzęsło, warczało, a ja przy zamkniętym oknie nie potrafię spać. Chociaż tak na oko to niewiele na placu się działo. To znaczy ile razy wychodziłam na balkon, to widziałam, że ten ich bałagan jakoś inaczej się przeorganizował. Bo tam stoi nieskończenie wiele koparek różnych rozmiarów, dźwigów, podnośników, ciężarówek i czort wie co jeszcze. Więc pewnie bez potrzeby miejsca postoju nie zmieniały. No i któryś z tych czortów warczał na potęgę, pewnie też nie dla przyjemności. Długo leżało kilkadziesiąt prostopadłościanów z metalowej siatki. Potem zaczęły znikać w tajemniczy sposób. Nie stoję tam bez przerwy i nie wypatruję, więc dopiero przy końcu tej anihilacji dojrzałam, że ten prostopadłościan co zwisa z 10-piętrowego dźwigu, to jakoś tak się skraca. A oni go wpuszczali w dziurę, której z mojego balkonu nie widać, bo mocno tam wszystko pofałdowane. Czyli nieźle musieli już pod spodem wydłubać, bo taki prostopadłościan ma ze trzy pietra długości. A od kilku dni wszystko przyspieszyło. Sznur betoniarek stoi w kolejce i wjeżdżają pozbywając się swojej zawartości nie wiadomo gdzie. I wyłaniają się jakieś kształty, oszalowane metalowymi szynami coraz większe otwory. Dosyć to wszystko fascynujące. W przyszłym wcieleniu pójdę na budownictwo. I zostanę kierownikiem budowy, bo wtedy już kobiety bez problemu będą przyjmowane na takie stanowiska ;)
|